- Zespół The Doors w środowisku rockowym
pełnił rolę swoistej anomalii. W latach swej świetności
nie byli oni grupą ani folkową, ani jazzową. Niektórzy
krytycy przypisywali ich do grup "acid - rockowych"
, to jednak The Doors niewiele mieli wspólnego z acid -
rockowym brzmieniem. Nie łączyło ich także nic z
angielskim rockiem, czy z muzyką pop, nie stali się też
grupą folk -rockową. The Doors stworzył swój własny
świat. "Świat dziwny i pełen duchów", jak
określił to kiedyś Jim, "roztaczający wizję
nowego Dzikiego Zachodu".
- Członkowie grupy The Doors połączeni
byli ze sobą niczym w jakimś niezwykłym diamentowym
czworokącie.
- The Doors bezustannie adorowali swą muzę
- to znaczy, Morrison adorował swą muzę, a reszta
zespołu dzielnie go wspierała. Jim uważał, że nie
wszystko zależy od muzy; siła pisarza czy artysty leży
zarówno w jego zdolności czerpania jak i tworzenia.
Obowiązkiem artysty jest jeszcze uczynienie wszystkiego,
by udoskonalić swe zdolności postrzegania świata. Dla
osiągnięcia tego celu, francuski poeta Arthur Rimbaud,
doradzał systematyczne "racjonalne dezorganizowanie
całego systemu zmysłów". Po co? "By dotrzeć
do nieznanego." Jak? "Tak, jak tylko jest to możliwe.
- Jim zafascynowany filozofią Blake'a
powtarzał: "Są rzeczy znane i są rzeczy nieznane.
A pomiędzy nimi znajdują się drzwi". Blake
twierdził również, że: "Droga występku prowadzi
do pałacu mądrości. Ostrożność jest bogatą, brzydką
i starą panną adorowaną przez bezsilność." Jim
nie adorował tej starej panny, starał się raczej
flirtować ze swymi możliwościami. Pił więc,
wrzeszczał, przemawiał, schlebiał i tańczył w
uniesieniu, po to by doprowadzić widownię do stanu
wrzenia, by "z nocy wzniecić płomień", który
płonął by już zawsze.
- Jim Morrison nie uznawał żadnych
kompromisów - mających odniesienie do niego samego, czy
też do sztuki. W tym właśnie tkwi zagadka jego
niewinności i czystości - jego błogosławieństwo i
przekleństwo zarazem. Pójść na całość lub umrzeć
nie doczekawszy końca. Wszystko albo nic. Ryzyko i
ekstaza, taki właśnie był Jim. Kierowała nim
bezustanna chęć "badania granic rzeczywistości",
poszukiwanie prawdy o sacrum i profanum. Właśnie to
doprowadziło go do szaleństwa, dzięki któremu mógł
tworzyć, mógł być sobą. A wszystko to sprawiło, że
stał się zmienny w nastrojach, niebezpieczny i skłócony
ze wszystkimi. Szukał więc pociechy i odosobnienia w
tym, co wcześniej go inspirowało i pomagało w twórczym
procesie: alkoholu. Początkowo pił dla samej przyjemności.
"Lubię pić", przyznawał "alkohol rozluźnia
ludzi i pomaga w nawiązywaniu rozmowy. To taki hazard;
wychodzisz wieczorem się napić, a nic nie wiesz, gdzie
wylądujesz następnego ranka. Może być wspaniale, może
nastąpić katastrofa - tak jakbyś rzucał kostką. Różnica
pomiędzy samobójstwem a powolną kapitulacją".
- A w końcu upijał się z tego samego,
smutnego i oczywistego powodu, z którego upijają się
alkoholicy.
- Znaczny wpływ na Jima i zespół wywarły
teorie francuskiego surrealisty Antonina Artauda dotyczące
konfrontacji, przedstawione w pracy "Teatr i jego
sobowtór".
- "Misteria powinny być
niezapomnianymi wydarzeniami, odciskającymi swe piętno
na całości życia pojedynczego człowieka, powinny
tworzyć przeżycia i transformować rzeczywistość"
- pisał Arystoteles. Koncerty Doorsów, jak i sceniczne
popisy Jima, jeśli przebiegały bez zakłóceń, wywoływały
takie właśnie transformacje.
- Zainspirowany swym ulubionym filozofem,
Fryderykiem Nietzschem, Jim poszukiwał pociechy i zachęty
w maksymie "powiedz życiu TAK". Nad długowieczność
przedkładał intensywność, by stać się Nietzscheańskim
"tym, dla którego nie istnieje negacja", tym,
który mówi "nie", który ośmiela się tworzyć
siebie samego.
- Jim musiał także po wielokroć czytać
ten fragment dzieł Nietzschego: "Powiedzieć życiu
"tak", nawet w najdziwniejszych i
najtrudniejszych chwilach; chęć życia cieszącego się
swą własną niewyczerpalnością, nawet przy najwyższych
poświęceniach, nazywam właśnie dionizyjską. Traktuję
to jako klucz do zrozumienia psychologii poety
tragicznego. Nie po to jednak, by pozbyć się strachu i
żalu, by oczyścić niebezpiecznych rezultatów poprzez
gwałtowne otrząśnięcie się, lecz po to, by samym sobą
tworzyć wieczną radość powstawania, poza wszelkim
strachem i żalem".
- To nigdy niezaspokojone pragnienie życia
- w żadnym wypadku nie umiłowanie śmierci -
ostatecznie wykończyło Jima.
- ... Nietzsche, Van Gogh, Dylan Thomas,
Brendon Behan, Jack Kerouac - to ci, którzy życie
odbierali zbyt intensywnie, by przeżyć je do końca...
szaleńcy, potępieńcy... pisarze, poeci, malarze, artyści
niezmiennie opierający się wszelkiej władzy i pozostający
lojalni swej prawdziwej naturze niezależnie od kosztów.
Było to towarzystwo z którym Jim identyfikował się
najchętniej. Być poetą, artystą znaczyło coś więcej
niż zwykłe malowanie, pisanie czy śpiew. Oznaczało to
posiadanie własnej wizji rzeczywistości a także
posiadanie odwagi by tę wizję spenetrować. To, co nie
zdołało cię zabić, czyniło cię mocniejszym, a jeśli
miałeś w sobie tę "iskrę", stawałeś się
kimś niepospolitym i cudownym. Jeśli zaś tej "
iskry" nie posiadałeś, nie sposób było ją
sfabrykować.
- Bycie poetą, to coś więcej niż pisanie
wierszy. Bycie poetą, to również podjęcie szczególnego
zobowiązania: zaakceptować tę tragiczną rolę, jaką
wyznaczył ci los, cieszyć się nią i godnie ją wypełniać.
- Dziś, po dwudziestu dziewięciu latach,
jakie upłynęły od śmierci Jima, historia zespołu The
Doors stała się już mitem. Tragiczny i krótki żywot
Jima Morrisona jest pożywką, na której rodzą się
nasi bohaterowie i bogowie młodości, i na której
dokonują się ich kolejne wskrzeszenia. Niczym Orfeusz,
Jim pozostaje wiecznie młody, Tak jak Dionizos, umiera,
by odrodzić się na nowo. I podobnie jak z morderstwem
Adonisa, ofiarą Mitry czy przypadkową śmiercią
Antinousa, Jim nie mógł żyć nie niszcząc tego mitu,
na którym oparła się jego publiczność. Jednym z głównych
powodów, dla których Jim udał się do Paryża, było
to, że nie był już dłużej w stanie dorównywać
legendzie, którą sam kiedyś współtworzył. Bo Jim
Morrison nie chciał być bogiem. Jim Morrison chciał być
poetą. I tego właśnie życzył sobie po śmierci, aby
uznano go poetą. Za życia szokowało nas bardziej jego
zachowanie niż jego słowa. Dziś jego dzieje wciąż
fascynują nas i zadziwiają, lecz jego literacka spuścizna
również zaczyna zyskiwać zasłużony szacunek.
- Jim osiągnął to, o czym marzy każdy
artysta: wyciągnął nas z letargu przetartych dróg, i
codziennej rutyny, wzbudził w nas świadomość, wywołał
reakcję i zmusił nas do myślenia. To wszystko, samo w
sobie, jest wystarczająco rzadkim zjawiskiem, tak więc
bądźmy mu wdzięczni, kiedykolwiek mamy ku temu okazję.
- Jima porównywano do anioła i nazywano
diabłem. Identyfikowano go też nieomal ze wszystkimi
postaciami znajdującymi się pośrodku: Mefistofeles i
lalka Barbie. Nazywano go Dionizosem, który zstąpił na
ziemię, szamanem w obcym ciele, Gwiazdą Rocka i poetą.
Geniuszem i świętym głupcem. Szokował publiczność,
dając z siebie wszystko, więcej, niż oczekiwali
widzowie. Potem widownia zaczęła rosnąć, jej apetyt
także. Jim przerastał swe życie, starał się dorównywać
tej sytuacji i to go chyba w końcu zabiło.
- Jim spełnił swe własne oczekiwania -
chciał być spadającą gwiazdą: raz ją widzisz, raz
jej nie widzisz. Przez krótki czas płonął niczym
najjaśniejsza gwiazda w galaktyce. Wtedy też, marzył o
zniknięciu tej chwilowej energii i światła, jakie daje
życie, w ponadczasową nieśmiertelność sztuki. Nie
spodziewał się jednak, że jego własny wpływ przetrwa
do dziś.
- Na sam koniec, podbiwszy Amerykę i resztę
zachodniego świata, po serii upokarzających procesów w
sądach kraju, który pokochał, wyśmiany przez prasę,
uciekł do Paryża. W tej przystani wygnanych artystów
zdecydował się wieść żywot poety. Jednak jego ciało
było zbyt zniszczone, serce zbyt słabe. Do tej pory Jim
stworzył, ujrzał i wypił zbyt wiele. Nadszedł czas
aby wyrównać warunki, które do tej pory on stawiał życiu.
Jego dusza była już zmęczona, a śmierć wydawała się
łatwiejszym wyjściem niż powrót do Ameryki.
- Jim Morrison nie umarł. Jego duch żyje
dalej w jego muzyce i tekstach.
- "<<Odstąpcie moje miejsce w
kolejce do zbawienia>>, śpiewał.
- Chyba nie, Jim.
- To jeszcze nie koniec."
-

Tekst powstał na
podstawie opowiadania Danne'go Sugermana
Powrót