"Ulubieńcy bogów umierają młodo, lecz później żyją wiecznie w ich towarzystwie". Fryderyk Nietzsche

Zespół The Doors w środowisku rockowym pełnił rolę swoistej anomalii. W latach swej świetności nie byli oni grupą ani folkową, ani jazzową. Niektórzy krytycy przypisywali ich do grup "acid - rockowych" , to jednak The Doors niewiele mieli wspólnego z acid - rockowym brzmieniem. Nie łączyło ich także nic z angielskim rockiem, czy z muzyką pop, nie stali się też grupą folk -rockową. The Doors stworzył swój własny świat. "Świat dziwny i pełen duchów", jak określił to kiedyś Jim, "roztaczający wizję nowego Dzikiego Zachodu".
Członkowie grupy The Doors połączeni byli ze sobą niczym w jakimś niezwykłym diamentowym czworokącie.
The Doors bezustannie adorowali swą muzę - to znaczy, Morrison adorował swą muzę, a reszta zespołu dzielnie go wspierała. Jim uważał, że nie wszystko zależy od muzy; siła pisarza czy artysty leży zarówno w jego zdolności czerpania jak i tworzenia. Obowiązkiem artysty jest jeszcze uczynienie wszystkiego, by udoskonalić swe zdolności postrzegania świata. Dla osiągnięcia tego celu, francuski poeta Arthur Rimbaud, doradzał systematyczne "racjonalne dezorganizowanie całego systemu zmysłów". Po co? "By dotrzeć do nieznanego." Jak? "Tak, jak tylko jest to możliwe.
Jim zafascynowany filozofią Blake'a powtarzał: "Są rzeczy znane i są rzeczy nieznane. A pomiędzy nimi znajdują się drzwi". Blake twierdził również, że: "Droga występku prowadzi do pałacu mądrości. Ostrożność jest bogatą, brzydką i starą panną adorowaną przez bezsilność." Jim nie adorował tej starej panny, starał się raczej flirtować ze swymi możliwościami. Pił więc, wrzeszczał, przemawiał, schlebiał i tańczył w uniesieniu, po to by doprowadzić widownię do stanu wrzenia, by "z nocy wzniecić płomień", który płonął by już zawsze.
Jim Morrison nie uznawał żadnych kompromisów - mających odniesienie do niego samego, czy też do sztuki. W tym właśnie tkwi zagadka jego niewinności i czystości - jego błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Pójść na całość lub umrzeć nie doczekawszy końca. Wszystko albo nic. Ryzyko i ekstaza, taki właśnie był Jim. Kierowała nim bezustanna chęć "badania granic rzeczywistości", poszukiwanie prawdy o sacrum i profanum. Właśnie to doprowadziło go do szaleństwa, dzięki któremu mógł tworzyć, mógł być sobą. A wszystko to sprawiło, że stał się zmienny w nastrojach, niebezpieczny i skłócony ze wszystkimi. Szukał więc pociechy i odosobnienia w tym, co wcześniej go inspirowało i pomagało w twórczym procesie: alkoholu. Początkowo pił dla samej przyjemności. "Lubię pić", przyznawał "alkohol rozluźnia ludzi i pomaga w nawiązywaniu rozmowy. To taki hazard; wychodzisz wieczorem się napić, a nic nie wiesz, gdzie wylądujesz następnego ranka. Może być wspaniale, może nastąpić katastrofa - tak jakbyś rzucał kostką. Różnica pomiędzy samobójstwem a powolną kapitulacją".
A w końcu upijał się z tego samego, smutnego i oczywistego powodu, z którego upijają się alkoholicy.
Znaczny wpływ na Jima i zespół wywarły teorie francuskiego surrealisty Antonina Artauda dotyczące konfrontacji, przedstawione w pracy "Teatr i jego sobowtór".
"Misteria powinny być niezapomnianymi wydarzeniami, odciskającymi swe piętno na całości życia pojedynczego człowieka, powinny tworzyć przeżycia i transformować rzeczywistość" - pisał Arystoteles. Koncerty Doorsów, jak i sceniczne popisy Jima, jeśli przebiegały bez zakłóceń, wywoływały takie właśnie transformacje.
Zainspirowany swym ulubionym filozofem, Fryderykiem Nietzschem, Jim poszukiwał pociechy i zachęty w maksymie "powiedz życiu TAK". Nad długowieczność przedkładał intensywność, by stać się Nietzscheańskim "tym, dla którego nie istnieje negacja", tym, który mówi "nie", który ośmiela się tworzyć siebie samego.
Jim musiał także po wielokroć czytać ten fragment dzieł Nietzschego: "Powiedzieć życiu "tak", nawet w najdziwniejszych i najtrudniejszych chwilach; chęć życia cieszącego się swą własną niewyczerpalnością, nawet przy najwyższych poświęceniach, nazywam właśnie dionizyjską. Traktuję to jako klucz do zrozumienia psychologii poety tragicznego. Nie po to jednak, by pozbyć się strachu i żalu, by oczyścić niebezpiecznych rezultatów poprzez gwałtowne otrząśnięcie się, lecz po to, by samym sobą tworzyć wieczną radość powstawania, poza wszelkim strachem i żalem".
To nigdy niezaspokojone pragnienie życia - w żadnym wypadku nie umiłowanie śmierci - ostatecznie wykończyło Jima.
... Nietzsche, Van Gogh, Dylan Thomas, Brendon Behan, Jack Kerouac - to ci, którzy życie odbierali zbyt intensywnie, by przeżyć je do końca... szaleńcy, potępieńcy... pisarze, poeci, malarze, artyści niezmiennie opierający się wszelkiej władzy i pozostający lojalni swej prawdziwej naturze niezależnie od kosztów. Było to towarzystwo z którym Jim identyfikował się najchętniej. Być poetą, artystą znaczyło coś więcej niż zwykłe malowanie, pisanie czy śpiew. Oznaczało to posiadanie własnej wizji rzeczywistości a także posiadanie odwagi by tę wizję spenetrować. To, co nie zdołało cię zabić, czyniło cię mocniejszym, a jeśli miałeś w sobie tę "iskrę", stawałeś się kimś niepospolitym i cudownym. Jeśli zaś tej " iskry" nie posiadałeś, nie sposób było ją sfabrykować.
Bycie poetą, to coś więcej niż pisanie wierszy. Bycie poetą, to również podjęcie szczególnego zobowiązania: zaakceptować tę tragiczną rolę, jaką wyznaczył ci los, cieszyć się nią i godnie ją wypełniać.
Dziś, po dwudziestu dziewięciu latach, jakie upłynęły od śmierci Jima, historia zespołu The Doors stała się już mitem. Tragiczny i krótki żywot Jima Morrisona jest pożywką, na której rodzą się nasi bohaterowie i bogowie młodości, i na której dokonują się ich kolejne wskrzeszenia. Niczym Orfeusz, Jim pozostaje wiecznie młody, Tak jak Dionizos, umiera, by odrodzić się na nowo. I podobnie jak z morderstwem Adonisa, ofiarą Mitry czy przypadkową śmiercią Antinousa, Jim nie mógł żyć nie niszcząc tego mitu, na którym oparła się jego publiczność. Jednym z głównych powodów, dla których Jim udał się do Paryża, było to, że nie był już dłużej w stanie dorównywać legendzie, którą sam kiedyś współtworzył. Bo Jim Morrison nie chciał być bogiem. Jim Morrison chciał być poetą. I tego właśnie życzył sobie po śmierci, aby uznano go poetą. Za życia szokowało nas bardziej jego zachowanie niż jego słowa. Dziś jego dzieje wciąż fascynują nas i zadziwiają, lecz jego literacka spuścizna również zaczyna zyskiwać zasłużony szacunek.
Jim osiągnął to, o czym marzy każdy artysta: wyciągnął nas z letargu przetartych dróg, i codziennej rutyny, wzbudził w nas świadomość, wywołał reakcję i zmusił nas do myślenia. To wszystko, samo w sobie, jest wystarczająco rzadkim zjawiskiem, tak więc bądźmy mu wdzięczni, kiedykolwiek mamy ku temu okazję.
Jima porównywano do anioła i nazywano diabłem. Identyfikowano go też nieomal ze wszystkimi postaciami znajdującymi się pośrodku: Mefistofeles i lalka Barbie. Nazywano go Dionizosem, który zstąpił na ziemię, szamanem w obcym ciele, Gwiazdą Rocka i poetą. Geniuszem i świętym głupcem. Szokował publiczność, dając z siebie wszystko, więcej, niż oczekiwali widzowie. Potem widownia zaczęła rosnąć, jej apetyt także. Jim przerastał swe życie, starał się dorównywać tej sytuacji i to go chyba w końcu zabiło.
Jim spełnił swe własne oczekiwania - chciał być spadającą gwiazdą: raz ją widzisz, raz jej nie widzisz. Przez krótki czas płonął niczym najjaśniejsza gwiazda w galaktyce. Wtedy też, marzył o zniknięciu tej chwilowej energii i światła, jakie daje życie, w ponadczasową nieśmiertelność sztuki. Nie spodziewał się jednak, że jego własny wpływ przetrwa do dziś.
Na sam koniec, podbiwszy Amerykę i resztę zachodniego świata, po serii upokarzających procesów w sądach kraju, który pokochał, wyśmiany przez prasę, uciekł do Paryża. W tej przystani wygnanych artystów zdecydował się wieść żywot poety. Jednak jego ciało było zbyt zniszczone, serce zbyt słabe. Do tej pory Jim stworzył, ujrzał i wypił zbyt wiele. Nadszedł czas aby wyrównać warunki, które do tej pory on stawiał życiu. Jego dusza była już zmęczona, a śmierć wydawała się łatwiejszym wyjściem niż powrót do Ameryki.
Jim Morrison nie umarł. Jego duch żyje dalej w jego muzyce i tekstach.
"<<Odstąpcie moje miejsce w kolejce do zbawienia>>, śpiewał.
Chyba nie, Jim.
To jeszcze nie koniec."
 

Tekst powstał na podstawie opowiadania Danne'go Sugermana

Powrót